Najgorsze walentynki świata? Siła miłości kontra pech

14 lutego mianuję najgorszym i najcudowniejszym dniem ostatnich miesięcy!

Rano, tego pamiętnego dnia obudziło mnie piękne słońce. Wkradało się do naszej sypialni barwiąc ją na miodowo. Artura nie było obok – pomyślałam „oho, zaraz do łóżka wjedzie śniadanie”! Wylegiwałam się w ciepłej pościeli, czekałam, czekałam i czekałam. W końcu wstałam z łóżka (lewą nogą – nie przywiązuje do tego wagi, ale okazało się że powinnam). Wyruszyłam na poszukiwania męża. Zamiast Artura, znalazłam karteczkę – „musiałem wcześniej wyjść do pracy – miłego dnia! :)”. Dobrze, choć nie był to mój dzień na bieganie, wybrałam się na jogging. W myślach planowałam niespodziankę dla Artura. Jak się okazało, zamyślenie nie wyszło mi na dobre. W ramach trenowania umysłu postanowiłam pobiec inną trasą. Spod ziemi wyrosła wielka dziura. W którą oczywiście wpadłam, jak Alicja do Krainy Czarów. Moja noga nienaturalnie się wykrzywiła, a przez moje ciało przeszedł przeraźliwy ból. Nagle przed oczami zrobiło mi się ciemno! Jedyne co pamiętam, to małżeństwo, które ujrzałam nad sobą po przebudzeniu. Mieli nietęgie miny. W ruch poszły telefony, zaraz nadjechała karetka! Chwile później znalazłam się w gigantycznej kolejce na izbie przyjęć. Najwidoczniej nie tylko ja pięknie spędzam walentynki. Moja noga umierała! A ja razem z nią!

Małżeństwo, które wezwało pogotowie okazało się bardzo empatyczne. Odpowiednio się mną zajęli. Czekając nz12036927Q,Szpitalna-izba-przyjeca wizytę zagryzłam zęby i postanowiłam zadzwonić do Artura. Oczywiście w słuchawce echo. Artur poza zasięgiem. Miał dziś jakieś ważne biznesowe spotkanie. 14 luty 2014 r., nie był dniem wyrozumiałości. Wściekłam się!!! Nagrałam wiadomość pełną wyrzutów.

W końcu zostałam sama. Życzliwe małżeństwo musiało zająć się swoim życiem. Bez telefonu, z obolałą nogą!

Wysłano mnie na prześwietlenie, lekarz musiał upewnić się, że noga nie jest złamana. Wyrok zapadł – skręcenie stawu skokowego. Uziemienie na prawie dwa tygodnie! Zakaz chodzenia, nakaz leżenia. Czy to w ogóle jest możliwe?! Ja i całodniowe wylegiwanie się w łóżku?! Co z moją nauką języka hiszpańskiego?!

Weszłam i wyszłam ostatnia. Prawie sama na szpitalnym korytarzu. Złość wymieszana z bólem i smutkiem. Zastanawiałam się, co jeszcze?!

Nagle, na korytarz wpada zdyszany, ubrudzony Artur. Wyglądał jak potwór z mokradeł! W ręku niósł powyginane we wszystkie strony kwiaty – moje ulubione róże herbaciane.

Nie mogłam przestać się śmiać! Nagle wszystko wydało się tak komiczne!

To bez wątpienia był nasz dzień. Mi popsuła się noga, Arturowi samochód. Dotarł do mnie na skrzydłach miłości.

Piątek się odczarował! Razem opuściliśmy izbę  przyjęć.

163262_walentynki-serduszkaTramwaj linii 10 porwał nas w romantyczną podróż do domu. Artur przygotował przepyszną paelle, włączył filmy mojego ukochanego Pedro Almodovara. Zaszyliśmy się w czterech ścianach z „Todo sobre mi madre”, „Hable con ella”, „Mujeres al borde de un ataque de nervios”. I to niepolskie święto stało się tak ciepłe. Cieszę się, że po tylu wspólnie przeżytych latach wciąż potrafimy się spierać i wspierać. Walentynki bez fajerwerków, bo przecież święto zakochanych mamy codziennie.

Anna.

Leave a Reply

Your email address will not be published.