Jaki Sylwester, taki nowy rok

Na trzy tygodnie przed Nowym Rokiem podjęliśmy z Anną „trudny” temat Sylwestra. W zeszłym roku mieliśmy nie lada gratkę, fetując tę wyjątkową noc w Paryżu pod wieżą Eiffla, 2 lata temu byliśmy natomiast u znajomych w Londynie. Tym razem, zupełnie nie możemy się w tej sprawie porozumieć, choć znając moją żonę, wiem na pewno, że tej różnicy zdań wyniknie coś naprawdę niezapomnianego 🙂

Zgodność mamy co do jednego – chcemy aktywnie spędzić czas, bo jak mówią – jaki Sylwester taki cały rok. Jako miłośnicy białego szaleństwa, wybieramy się pod koniec grudnia na narty i tam planujemy celebrować wejście w 2013 rok. Problem w tym, że pod zaimkiem „tam” kryją się przynajmniej 2 pomysły Anny oraz skromny, acz głęboko przemyślany, jeden mój :). A ponieważ idealnym kierunkiem absolutnie wszystkich wojaży dla mojej żony są Włochy, jej wszystkie argumenty dotyczą walorów włoskich Alp i Dolomitów. Faworyt Anny – miejscowość Livigno, nazywana „włoskim Tybetem”, to przede wszystkim dużo słońca, pewny śnieg i piękny, rozciągający się wokół widok łańcuchów górskich. To, plus włoska gościnność i możliwość sprawdzenia swoich postępów w nauce języka włoskiego sprawia, że Anna prawie zupełnie zapomniała, że są też inne kraje warte odwiedzenia 🙂

alpy

Mój pomysł na Sylwestra to Alpy austriackie. Dolina Kaprun, gdzie mieści się znany kurort, zapewnia najlepsze warunki do uprawiania sportów zimowych, na wysokości nawet do 3200 metrów. Szerokie i dobrze przygotowane trasy, nowoczesne wyciągi i malownicze położenie u podnóża lodowca Kitzsteinhorn, powoduje, że nasz małżeński demokratyczny wybór wcale nie staje się łatwiejszy. W nieodległym od Kaprun Salzburgu mieszkają ponadto nasi dalecy krewni, których dawno nie mieliśmy okazji odwiedzić. Podczas jednej wizyt w Austrii, Anna bez pamięci zakochała się w salzburskiej cukierni Fürst, w której produkuje się oryginalne Mozartkugel, czyli czekoladki z marcepanem, nugatem i orzechem laskowym, tzw. kule Mozarta. Kiedy przypomniałem jej o tym, ta jakby w okamgnieniu zapomniała o włoskim Livigno.

Czyżby kobieca słabość do wykwintnych słodyczy okazała się moim asem w rękawie?

Artur.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.