Pierwszy set

Jesteśmy już w Polsce! Dziś wróciliśmy z naszej wakacyjnej wyprawy, opaleni, uśmiechnięci i zrelaksowani. Właśnie dlatego walizki wciąż stoją w korytarzu nierozpakowane, a ja wszystko robię w prawdziwie włoskim, spokojnym tempie. Jeszcze się z powrotem nie przyzwyczaiłam… Letnie sukienki muszą jeszcze poczekać, aż znów odnajdę się w rzeczywistości, nim trafią z powrotem do szafy. Wyciągnęłam tylko z bagażu prezenty dla przyjaciół i włoskie delikatesy – suszone pomidory, szafran, oliwę smakową, którą kupiłam specjalnie do ryb i owoców morza oraz kilka butelek Chianti, które dołączą do ciągle rozrastającej się kolekcji win Artura. Szkoda, ze następny dłuższy urlop dopiero za rok, ale pocieszam się myślą, że wakacje jeszcze się nie skończyły… Spróbuję wykorzystać ten miesiąc lata, który nam jeszcze został, nim znów wszystko wskoczy na najwyższe obroty i na pewno zaplanuję nam co najmniej jedną weekendową wycieczkę do jakiegoś fajnego miejsca w okolicy Wrocławia. I zdecydowanie chciałabym utrzymać formę! We Włoszech bardzo dużo z Arturem spacerowaliśmy, zwiedzając  miasta i  zabytki. Całe dnie spędzaliśmy na powietrzu, cały czas coś się działo, więc nie chciałabym stracić tego zastrzyku energii. Dlatego też postanowiłam, że od jutra na poważnie zaczynam lekcje tenisa. Artur gra regularnie już od wielu lat, a mnie do tej pory jakoś brakowało motywacji do cotygodniowych treningów. Nie lubię tłumów ani ćwiczeń w dużych grupach. Zależy mi na kameralnym charakterze i indywidualnym podejściu, bo uważam, że z takich zajęć wynosi się najwięcej. Może osobisty trener?! Od jutra będę początkującym, choć mam nadzieję, że dobrze rokującym, tenisistą :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.