Rok pod znakiem węża

Kilka dni temu moja koleżanka z pracy Irmina przyniosła książkę o chińskim horoskopie. Co prawda, z pewnym dystansem podchodzę do wróżb, astrologii i w ogóle tajemnych mocy :), ale entuzjazm Irminy zrobił na mnie duże wrażenie. Miałam nawet przyjemność uczestniczyć w kameralnym biurowym wykładzie nt. wierzeń Dalekiego Wschodu i przyznaję, że dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy. Podobnie jak nasz zodiak, chiński składa się z 12 znaków.

Jeden cykl w kalendarzu księżycowym obejmuje 60 lat i dzieli się na pięć mniejszych, reprezentujących żywioły: ziemi, ognia, wody, drewna i metalu. Kiedyś zastanawiałam się nad tym, skąd w chińskim horoskopie znalazły się zwierzęta. Irmina wyjaśniła, że zgodnie z legendą, zanim Budda opuścił Ziemię zwołał do siebie wszystkie zwierzęta. By go pożegnać zjawiło się jednak zaledwie dwanaście zwierząt. Budda postanowił im to wynagrodzić i nazwał lata na ich cześć, w kolejności, w jakich się pojawiały: Szczur, Bawół, Tygrys, Królik, Smok, Wąż, Koń, Koza, Małpa, Kogut, Pies i Świnia.

Zgodnie z chińskim horoskopem nadchodzący rok będzie pod znakiem węża. Podobno, w 2013 roku ludzie rozsądni, myślący logicznie będą mieli więcej szczęścia niż ci, którzy pokładają nadzieję w uczuciach i emocjach. Dla mnie to chyba gorsza informacja, niż dla Artura 🙂

Wierzę jednak, że sami kreujemy swoją przyszłość. Oczywiście fortuna może bardziej sprzyjać lub mniej, ale los należy brać we własne ręce. Mijający rok był dla nas od początku bardzo szczęśliwy. Udało nam kilka rzeczy w zawodowym, ale też osobistym  – na przykład odbyć wymarzone podróże i sfinalizować plany o podjęciu nauki języka obcego. W przyszłym roku chciałabym kontynuować swoje lekcje w Atriusie, osiągając mam nadzieję, coraz wyższy poziom. Jestem również pod ogromnym wrażeniem postępów w nauce języka angielskiego mojego męża. Przez te kilka miesięcy opanował słownictwo oraz gramatykę na bardzo satysfakcjonującym poziomie, a i w komunikacji werbalnej ma coraz mniejsze opory.

Niedzielny widok mojego męża paradującego po domu w szlafroku i śpiewającego Let it snow Franka Sinatry – bezcenne 🙂

Anna.

Leave a Reply

Your email address will not be published.