Męskie planowanie czyli powrót do PRL

W związku z tym, że od pewnego czasu dzielimy dach z bardzo absorbującą 14-latką, dawno nie mieliśmy z Arturem chwili tylko dla siebie. Świetną ku temu sposobnością była nasza rocznica. Co roku mój mąż staje na głowie, żeby przygotować na tę okazję coś zaskakującego i niepowtarzalnego. W tym roku, mimo natłoku pracy, również zaplanował miły wieczór we dwoje. Jego plan zapowiadał się fantastycznie, a skończyło się … lepiej nie mówić 😛

Dogadaliśmy się z rodzicami przyjaciółki Oliwki, że piątkową noc spędzi u nich. Mieliśmy więc – używając słów nastolatki – wolną chatę 🙂 Otwarcie wieczoru miało nastąpić uroczyście: z bukietem czerwonych róż, na kolacji, przy blasku świec i muzyce jazzowej w  ekskluzywnej restauracji, przy wrocławskim rynku.

Niestety z kwiatami się Artur nie wyrobił, a gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że dodatkowo pomieszał coś z terminem (!) rezerwacji i pomimo szczerych chęci ze strony obsługi, nie było dla nas wolnego stolika. Poszliśmy więc do kolejnej restauracji, a tam komplet gości, głównie obcokrajowców z Hiszpanii. W międzyczasie, runęła ulewa, więc zupełnie odechciało mi się chodzić w deszczu i szukać idealnego miejsca na nasz „wyjątkowy” wieczór. Kiszki mi marsza grały, krople deszczu spływały po włosach, a moja irytacja skierowana w stronę Artura, który nie stanął na wysokości zadania, rosła.

Było mi już wszystko jedno, gdzie pójdziemy , więc weszliśmy dosłownie do pierwszej knajpki, która się nawinęła. Mimo mojego zniechęcenia całą sytuacją, Artur ze wszystkich próbował jednak wyjść z niej z twarzą, obracając wszystko w dowcip.

– Powiedz Kochanie, kiedy ostatnio miałaś okazję jeść takiego tradycyjnego tatara rodem z PRL?
– W 87  – odburknęłam.
– No to chyba czas najwyższy przypomnieć sobie ten wyjątkowy smak, zważywszy na piękne okoliczności przyrody :P, należy Ci się coś na wzmocnienie – po czym zamówił dwa tatary i dwie setki .

Jego zamówienie spotkało się z wielką aprobatą siedzących obok młodych Irlandczyków. A jako że w całym lokalu wolnego miejsca było jak na lekarstwo, obcokrajowcy przysunęli swoje krzesła w naszą stronę, podnieśli w górę pełne kieliszki i radośnie krzyknęli: „na zdrowie”! Chociaż zdecydowanie nie jesteśmy amatorami mocnych trunków, zrobiliśmy to samo. W ten sposób poznaliśmy Josha i Iana, młodych podróżników z Dublina. Byli bardzo ciekawi Wrocławia, skomplikowanej historii Polski oraz miejsca stylizowanego na czasy PRL-u, w którym się znajdowaliśmy. Nie pozostało nam więc nic innego, jak tylko przybliżyć im burzliwe czasy naszej młodości, Solidarności, kartek na jedzenie, pustych półek w sklepie oraz zjeść razem tatara, który – o dziwo – smakował całkiem dobrze :).

Widząc, jak świetnie mój mąż radzi sobie w rozmowie po angielsku, naprawdę zrobiło mi się miło. Nie wiem, czy to wpływ radosnej atmosfery miejsca, czy towarzystwa, czy może lekko zakrapianego tatara 🙂 , ale poczułam się, jakbym znowu miała dwadzieścia lat…

Dla takich chwil warto uczyć się języka angielskiego i chodzić na kursy językowe 😉

Anna.

Leave a Reply

Your email address will not be published.