Goście z zagranicy i co z tego wynikło

Wielu moich znajomych, bliższych i dalszych, wyjechało z Polski na stałe i ułożyło sobie życie za granicą – w Stanach, Anglii, Niemczech czy jeszcze innych miejscach. Z niektórymi mam kontakt, innych nigdy więcej nie spotkałem. Tak się jakoś ludzie rozchodzą swoimi ścieżkami. Zawsze jednak cieszy mnie informacja od któregoś z przyjaciół, którzy osiedlili się na Zachodzie.

Kiedyś na przykład niespodziewanie przyszedł do mnie list z zaproszeniem na mecz w Seattle od kolegi, z którym wspólnie graliśmy w piłkę na jednym podwórku. Teraz jest trenerem dziecięcej drużyny futbolowej, sam ma dwóch synów i to właśnie dla nich przeszedł z ligi zawodowej do młodzieżówki, bo chciał trenować swoich chłopców. Nawet nie wiedziałem, kiedy wyjechał 😉 Odnowiliśmy kontakt i teraz od czasu do czasu mailujemy do siebie, raz nawet udało nam się spotkać, gdy wyjechałem do Stanów w sprawach służbowych. Takie spotkania po latach są zawsze zaskakujące i pełne emocji, jak by się przed nimi nie chować :). Dlatego było bardzo miło, gdy ostatnio odwiedziła nas przyjaciółka Anny ze studenckich czasów, Elżbieta razem ze swoim mężem, Alexem. Wzięli nas z zaskoczenia, dzwoniąc, że akurat są w Polsce i w związku z czym chcieliby nas odwiedzić. Bardzo lubię Elkę, która na co dzień mieszka z mężem w Londynie, za poczucie humoru i fajny zdrowy dystans do życia zagranicą i cieszyłem się, że będzie okazja, żeby lepiej poznać jej męża, z którym do tej pory rozmawiałem tylko przelotnie. Oczywiście Anna zaplanowała nam czas, od razu wymyślając cały harmonogram rozrywek 😉

Była więc runda po wrocławskich atrakcjach i zakupy i wieczór w fajnej knajpce. Ogólnie rzecz biorąc miło spędziliśmy czas, ale kilka razy poczułem się niekomfortowo. Swobodna rozmowa z rodowitym Brytyjczykiem to jednak nie to samo, co prosta wymiana zdań podczas wakacyjnej wycieczki. Momentami czułem się trochę poza towarzystwem, bo wiadomo, ze Elka na stałe mieszkająca w UK mówi piękną, płynną angielszczyzną, a angielski Anny też jest zaawansowany, więc z całej trójki tym razem to ja byłem najsłabszym ogniwem… Nie będę ukrywać, że jako facetowi nie było mi z tym po drodze, więc przeanalizowałem faktyczny stan swojego angielskiego i zdecydowałem, że muszę popracować nad swoją kondycją językową.

Do tej pory, nawet jeśli myślałem o profesjonalnym kursie językowym, to jakoś nie umiałem się ostatecznie zmotywować. Zawsze coś było do załatwienia, niby nie miałem czasu, nie chciało mi się jeździć na żadne zajęcia. Wizyta Elki i Alexa uświadomiła mi, że sporo tracę bez zaawansowanej znajomości języka. Do tego satysfakcja, jaką ma Anna dzięki swojej nowej pasji i zajęciom włoskiego w Atriusie też dały mi do myślenia.

I… zapisałem się online!

Artur.

Leave a Reply

Your email address will not be published.