Była Hiroszima, było Nagasaki…

Po powrocie z naszych maltańskich wakacji spotkaliśmy się z rodzinką. Moja siostra Karolina właśnie zrealizowała swój prezent – kwartał nauki języka francuskiego w Atriusie. Niezmiernie zadowolona z jej efektów zdecydowała, że będzie ją kontynuować. Zabawne, że o co by ją nie zapytać, za każdym razem odpowiadała „Oui” lub „Non”, układając usta w zabawny dziubek:) W ogóle, podczas całego wieczoru zachowywała się nad wyraz uprzejmie, wręcz landrynkowo, co od razu wzbudziło mój niepokój. Zupełnie nie w swoim stylu, przesadnie chwaliła jedzenie, kwieciście komplementowała wcale nie nowy strój Anny, jej makijaż, fryzurę, a nawet wazon w salonie, który stoi w tym samym miejscu od dobrych kilku lat. Wymieniliśmy z Anną kilka wymownych spojrzeń i już wiedzieliśmy – postawa Karoliny z pewnością ma drugie dno i może oznaczać tylko jedno – kłopoty!

Przyjęliśmy więc strategię odwracania jej uwagi i nie dopuszczania za bardzo do słowa, oczywiście wszystko w granicach grzeczności. W rozmowie skupiliśmy się na szczegółowej relacji z naszego kursu językowego dla dorosłych na Malcie. Staraliśmy się nie pominąć absolutnie żadnego szczegółu, łącznie z tym jaka była pogoda w każdym dniu wyjazdu, z czego składały się jedzone przez nas dania oraz ile ciekawych osób mijaliśmy na ulicach Valletty. Słowem – narzuciliśmy ton rozmowy. Ku naszemu zdziwieniu, moja siostra dzielnie stawiała opór na rodzinny froncie, regularnie kiwając ze zrozumieniem głową i powtarzając swoje „Oui, oui”. Zbliżała się już 22.00, gdy dostałem od Anny tajemny znak oznaczający kapitulację.

I wtedy spadła długo wyczekiwana bomba:
- Dostałam propozycję pracy w Québecu! – wystrzeliła Karolina.
- Ooo, to świetnie, gratuluję Karola, mówiłaś że dobrze Ci idzie nauka francuskiego, ale nie sądziłem, że na tyle dobrze, by dostać pracę we francuskojęzycznej części Kanady – żartowałem.
- Rzecz w tym, że muszę wyjechać sama, bez Oliwki… Więc chyba moja życiowa szansa na pracę marzeń przepadnie. Nie znam nikogo kto przez blisko pół roku zaopiekuję moją córką – mówiła z rozżaleniem.
Już widziałem w oczach Anny 100% empatii i chęć pomocy. Kiedy miałem powiedzieć „No tak, szkoda, ale nie przejmuj się, będą inne oferty…”, usłyszałem entuzjastyczny głos mojej żony.
- To możemy my zajmiemy się Oliwką na czas Twojej nieobecności?! Będzie miała swój pokój, dobre warunki, poza tym, blisko stąd do szkoły. Taka młoda energia bardzo dobrze nam zrobi, prawda kochanie?! – zapytała Anna zwracając się do mnie nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Zaniemówiłem. Była Hiroszima, było Nagasaki a teraz będzie dom Anny i Artura nawiedzony przez 14-letnią rozbrykaną nastolatkę…